Wpis
W Polsce tymczasem jakby nigdy nic zrobimy sobie malutką armię zawodową. Najwyższe czynniki rządowe oświadczyły, że kończymy z poborem do wojska. Armia stanie się wkrótce zawodowa, czyli będą w niej tylko ci, którzy zechcą w niej "zatrudnić się" za pieniądze. Obrona Ojczyzny, jeszcze konstytucyjny obowiązek każdego obywatela, ma być odtąd obowiązkiem zawieszonym . Obywatele zamiast tracić czas na zdobywanie umiejętności niezbędnych w razie wojny, wynajmą sobie grupę wojaków i oni, niczym ochroniarze, będą ich bronić w razie wojny.
Polska jest dość dużym państwem leżącym na wschodnim skraju świata zachodniego (NATO, UE). Jeżeli zastanowimy się jakimi siłami może być zaatakowana i uświadomimy sobie ile miast, fabryk, portów, mostów trzeba będzie bronić to spostrzeżemy, że planowana armia zawodowa może nie wystarczyć. A na większą „agencję ochrony” Polaków nie stać.
Słyszy się „argument”, że armią zawodową będzie można lepiej bronić Polski, bowiem w razie wojny będzie się nią sprawniej manewrować. Zapewne chcąc uniknąć zniszczenia taka mała armia musi być szczególnie zwinna w unikaniu starcia z wrogiem. Sienkiewiczowski pan Zagłoba pytany dlaczego jazdę wołoską nazywa się lekką odpowiadał – bo lekko ucieka. Powstaje problem czy „manewrowaniem” można obronić stosunkowo duże terytorium przed wielką armią napastniczą?
Powiada się, że wojny wygrywają rezerwiści. Jednym z najważniejszych zadań wojska okresu pokojowego jest szkolenie rezerw. W razie wojny przeprowadza się mobilizację i zwiększa kilka razy armię czasu pokojowego powołując rezerwistów, ludzi wcześniej wojskowo przeszkolonych pod broń. Polska ma kilka milionów ludzi zdolnych do noszenia broni byłoby więc komu jej bronić. Nie będą jednak oni przydatni w obronie kraju, jeśli wcześniej nie nauczą się posługiwać bronią. Jeśli powstanie armia w kształcie proponowanym przez MON, to po zniesieniu poboru z czasem nie będzie przeszkolonych rezerw i nie będzie kogo mobilizować na wojnę. A na stronie MON można przeczytać, że „uregulowany stosunek do powszechnego obowiązku obrony” będzie miał każdy, kto tylko zgłosi się do rejestracji. Służyć już nie musi. Jednak mimo to - wg MON „... każdy obywatel polski, zdolny do pełnienia służby wojskowej, w myśl art. 85 ust. 1 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, obowiązany jest do obrony ojczyzny, co oznacza, że projektowana zmiana charakteru Sił Zbrojnych nie zdejmuje konstytucyjnych zobowiązań obywatela wobec państwa.” Ha, nie zdejmuje! Czyli w razie wojny KAŻDY obywatel musi bronić kraju. Jednak w czasie pokoju państwo nie chce tego obywatela przygotować do obrony. Czy w razie wojny ludzie nie przygotowani i nie przeszkoleni będą kierowani do walki?
Przepisy ruchu drogowego wymagają, aby każdy kto chce prowadzić samochód zdobył prawo jazdy. To dość kłopotliwy obowiązek. Nie zawsze zdaje się pomyślnie stosowne egzaminy. No i za to płacić trzeba. Czemuż by tego obowiązku nie znieść? No nie, nie można - każdy odpowie. Chodzi przecież o bezpieczeństwo w ruchu drogowym. A bezpieczeństwo narodowe jest mniej ważne? Można zrezygnować z obowiązku zdobywania uprawnień do obrony kraju?
W Stanach Zjednoczonych, na które powołują się nasi zwolennicy armii zawodowej wszyscy obywatele zdolni do służby wojskowej są rejestrowani i w razie konieczności powołuje się ich do wojska. Podobnie ma być w Polsce. Tylko, że Polska to nie USA. Tam. jest duża armia zawodowa i komponent sił zbrojnych pod nazwą Gwardia Narodowa, umożliwiający w razie konieczności masowe szkolenie rezerw. Warto też pamiętać, że Stany Zjednoczone graniczą z Kanadą, Meksykiem oraz dwoma oceanami. Szkolenie rezerw nie będzie zagrożone bezpośrednio przez wojska agresora. W przypadku Polski jest inaczej. Będziemy mieli malutką armię zawodową i nie będzie czasu na szkolenie rezerw - mamy kiepskie położenie. Porównajmy - Wielka Brytania, która jest wyspą. Francja czy Hiszpania, leżące w bezpiecznej części Europy i Polska znajdująca się na „linii frontowej”. I chociaż nie tylko Polacy słyszą pogróżki ze strony rosyjskich generałów, to jednak z Kaliningradu dużo bliżej do Warszawy niż do Paryża, Londynu, Madrytu czy Waszyngtonu.
Polska potrzebuje nowoczesnych, mobilnych, profesjonalnych wojsk operacyjnych (armia zawodowa). I potrzebuje masowego komponentu wojsk obrony terytorialnej. Wojsk z poboru, w których szkolenie trwa krótko, trzy - cztery miesiące. Podstawą obronności powinien być obowiązkowy pobór do OT zapewniający szkolenie rezerw. Mam krytyczny pogląd na to co MON zamierza z wojskiem zrobić. Można odwoływać się do pomysłów armii ochotniczej, jeśli jest odpowiednio wysoki poziom patriotyzmu w społeczeństwie. Nie chodzi jednak o to, by ustalić ilu mamy w kraju patriotów, ale by w momencie zagrożenia każdy obywatel wiedział jak się bronić. Powinniśmy stworzyć system obrony państwa gwarantujący Polsce bezpieczeństwo nawet, gdyby wsparcie sojusznicze nie spełniało naszych oczekiwań. Wtedy będziemy mogli powiedzieć, że siły zbrojne RP są w stanie wypełnić konstytucyjny obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa państwu polskiemu, nienaruszalności jego granic i terytorium. Mała armia zawodowa, nie będzie w stanie sprostać temu obowiązkowi. Oby nie było tak jak w 1939 r., gdy gen. Tadeusz Kutrzeba wspominając bitwę nad Bzurą powiedział: wojsko otrzymało niewykonalny rozkaz obrony kraju.
W MON zapomniano, że Wojsko Polskie nigdy nie było miejscem pracy, jakąś „fabryką”. Uważano, że żołnierz Służy Ojczyźnie, a nie jest przebranym w mundur „pracownikiem”. Wojsko było w Polsce ważną społecznie i narodowo instytucją. Miejscem kształtowania postaw patriotycznych i obywatelskich służących w nim ludzi. Jest przecież esprit de corps („duch armii”) i tradycja polskiego wojska. Czy można to wyliczyć w złotówkach? Czy kondycja współczesnego żołnierza polskiego ma sprowadzać się do wysokości jego zarobków? Nie należy mylić obowiązku troski państwa o materialne warunki służby żołnierzy z takimi sprawami jak wojskowa służba państwu i patriotyzm tej służby. To trochę tak, jakbyśmy chcieli ustalić od jakiej kwoty, „za ile”, warto być polskim patriotą. Może byłoby dobrze, aby każdy minister obrony przed objęciem stanowisko przeczytał „De virtute militari, Zarys etyki wojskowej” ojca Bocheńskiego?
Skutki zamiarów MON dla obronności mogą być fatalne. Wg mnie będą powodować osłabienie bezpieczeństwa narodowego.
Panie Ministrze brniemy w bagno sowieckiej tyranii , a nasz człowiek w Warszawie jak powiedział Putin o premierze Tusku nie ma pojęcia co to ruska buta i wątła polska wolność. Bez silnej armii tej niepodległości nie obronimy. Tak oczywiste prawdy strategii obronnej nie trafiają do głów PO.
Minister Szeremietiew rozpoczyna cykl wykładów. Zwracam sie do wszystkich obywateli, którym dobro OJCZYZNY leży na sercu. Odpowiedżcie sobie i wskażcie innym, czyż narodowa strategia obronna przedstawiona w tym artykule przez ministra Romualda Szeremietiewa nie powinna być drogowskazem dla polityków i zwierzchnika sił zbrojnych w zakresie bezpieczeństwa narodowego w świetle ostatnich wydarzeń na kaukazie.Porównajcie drodzy przyjaciele zwięzły i merytoryczny wykład Szeremietiewa z chałotycznymi mrzonkami panów poslów z sejmowej komisji obrony czy ministra Klicha specjalisty psychiatrii. Widać róznice jak na dłoni.Trzeba odróżniać plewy od ziarna, chcąc być rolnikiem. Panie ministrze Szeremietiew tak trzymać, nie popuszczać i dalej do przodu.
Jeszcze w sprawie przyczyn wojny.
Myślę, że polityka energetyczna Rosji w części "kontrola sieci przesyłowych i uzaleznianie energetyczne Europy" jest znacznie mniej ważna, niż w części "kontrola kaspijskich źrodeł surowców". Rzecz w tym, że Rosja własnymi nadwyżkami surowców energetycznych praktycznie nie dysponuje. Jest rozległym krajem, ludnym i zimnym, więc jej własne potrzeby są znaczne. Przytłaczająca większość nadwyżki handlowej z eksportu surowców energetycznych pochodzi z jego części "paserskiej" - wymuszonego na byłych republikach pośrednictwa rosyjskiego w zbycie ropy.
Rosjanie nie wydają tych pieniędzy na "uzaleznianie Europy", ani na modernizację cywilną swego kraju, ale na zbrojenia. Wynika z tego, że z metod szantażu wybierają te bardziej tradycyjne, huńskie. Zamierzają je stosować wszechstronnie - przede wszystkim wobec dawnych republik, później dopiero wobec Zachodu.
Pytanie, czy się nie przewiozą. Amerykanie już są w Gruzji (ech, te gruzińskie samoloty bezzałogowe...), i to z Ameryką Rosja tam walczy.
Sytuacja Rosji jest gardłowa - o ile chce być potęgą. Odcięta od Kaspiku, stoczy się ponownie w smutę. Z drugiej strony, teoretycznie mniej zdeterminowane USA mają silną tradycję prewencjonizmu, tj. odważnego angażowania się w wojny z dala od własnego kraju w przewidywaniu kłopotów, które moglyby spotkać ją, w wypadku zaniechania. Do tego lobby żydowskie jest zaciekle antyrosyjskie.
Podsumowując, sądzę że grozi nam eskalacja tej wojny, aż do granic trudnych do przewidzenia.
to co Pan pisze to smutna prawda. Jednak twierdzę że oddziały OT też powinny być formowane z ochotników a nie poborowych.
I jeszcze jedno. Przesadza Pan z tym patriotyzmem. Żołnierz zawodowy co prawda służy ojczyźnie i jest związany przysięgą. ale najważniejsze że musi to być fachowiec. oczywiście lepiej żeby był patriotą, to wiele ułatwia. ale najważniejsze jest wojenne rzemiosło. armia zawodowa jest konieczna obecnie. ale słusznie Pan zauważył że to tylko jeden z komponentów. Powinniśmy nawet mieć już przygotowane oddziały do działań sensu stricte partyzanckich. żeby potem nie trzeba było robić tego na wariata.