Blog Romualda Szeremietiewa

Wpis

piątek, 31 grudnia 2010

Sylwestrowa opowieść o atłasowym męczeństwie

Sposób w jaki dokonała się zmiana ustroju w dawnej Czechosłowacji jest nazywany „atłasową rewolucją”. Zastanawiam się czy męczeństwo też może być atłasowe. W ostatni dzień koszmarnego dla nas roku 2010 (Smoleńsk) listonosz przyniósł stos listów z życzeniami świątecznymi i wezwanie z IPN. Zostałem poproszony, aby jako świadek złożyć zeznania w sprawie „zbrodni komunistycznej popełnionej w latach 1983-1984 w Barczewie przez funkcjonariuszy państwa komunistycznego, polegającej na fizycznym i psychicznym znęcaniu się nad pozbawionymi wolności Piotrem Bednarzem, Romualdem Szeremietiewem i innymi”. Wróciły wspomnienia z tamtego okresu.

Latem 1983 roku trafiłem do więzienia w Barczewie (wcześniej od stycznia 1981 r siedziałem w Areszcie Śledczym na ul. Rakowieckiej w Warszawie). Wraz ze mną w Barczewie osadzono Edumunda Bałukę, Patryka Kosmowskiego, Jerzego Kropiwnickiego, Andrzeja Słowika, Leszka Moczulskiego i Tadeusza Stańskiego. Po pewnym czasie przywieziono Władysława Frasyniuka. Nasze cele znajdowały się w wybudowanym przez Niemców w latach trzydziestych pawilonie. Każda miała powierzchnie ok. 6,5 m2. Za Niemców były przeznaczone dla jednego więźnia (nas trzymano po 2 lub 3). Zimne, zagrzybione, całkowicie zastawione pryczami, stołem, śmierdzącym kubłem (nie było kanalizacji). Drewniana podłoga, przegniła, położna na betonie wylanym bezpośrednio na ziemi. Pawilon ten służył do osadzania więźniów niebezpiecznych ukaranych dyscyplinarnie oraz więźniów chorych na żółtaczkę zakaźną, a także dla przestępców hitlerowskich (siedział E. Koch, po naszym przyjeździe został przeniesiony w lepsze warunki do separatki szpitalnej). Wszystkich osadzonych dozorowali wspólni strażnicy, którzy pobierali dodatek za pracę w warunkach szkodliwych dla zdrowia, a więźniowie chorzy zakaźnie i zdrowi korzystali ze wspólnej łaźni.

Zapytałem naczelnika więzienia, czy w takich warunkach powinni być trzymani więźniowie polityczni. Odparł, że w PRL nie ma żadnych więźniów politycznych i będziemy traktowani tak jak inni „kryminaliści”. Okazało się jednak, że nawet tego nie będzie. Na początku grudnia 1983 r. na polecenie z Warszawy „przykręcono śrubę”. Zabrano nam przywiezione z Rakowieckiej własne książki, ubrania, koce i odebrano hurtem wszystkie uprawnienia regulaminowe przysługujące więźniom kryminalnym. Nie mogliśmy np. pisać listów do domu, spotykać się z bliskimi i adwokatami. Mnie dodatkowo odmówiono zgody na pisanie pracy doktorskiej.

Podjęliśmy czynna akcję protestacyjną. Więzienie chciało nas spacyfikować. Większość czasu przetrzymywani byliśmy w kajdankach. Kuto nas w sposób szczególnie dotkliwy – do tyłu, przekuwając jedynie na noc ręce do przodu. Zdarzało się, że oprócz zakucia w kajdany zaklejano nam plastrem usta w identyczny sposób, jak robili to hitlerowcy rozstrzeliwujący Polaków. Zakładano nam kaftany bezpieczeństwa, twierdząc, że jesteśmy psychicznie chorzy. Stosowano też specjalne urządzenie krępujące, wykorzystywane przy wykonywaniu kary śmierci przez powieszenie. Używano gazy paraliżująco-łzawiące. Świadomie oblewano nam gazem oczy z odległości kilku centymetrów w celu uszkodzenia wzroku. Pamiętam słowa klawisza: „Daj mu mocniej po ślepiach niech oślepnie”. Byliśmy wielokroć zamykani do specjalnej celi. Było to pomieszczenie o pow. 5 m kw., bardzo szczelne, bez okien i dostępu powietrza. Już po kilku minutach osoby osadzone odczuwały brak tlenu. Wtedy obserwujący nas przez wizjer klawisz otwierał drzwi i... można było oddychać. Takie podduszanie trwało godzinami. Stański nazwał tę celę „bunkrem głodowym” bowiem zdarzało się, że zamkniętym nie podawano posiłków. Np. w dniach 29 marca do 2 kwietnia 1984 roku osobom przebywającym w tym pomieszczeniu nie podano jedzenia. Podstawą prawną zastosowania takich metod było podobno zarządzenie ministra sprawiedliwości z 1975 roku pozwalające na stosowanie takiego rodzaju tortur.

Po kilku miesiącach nasz protest zakończył się sukcesem. Okupionym jednak dużymi stratami: Kropiwnicki i Słowik głodówkami spowodowali trwałe uszkodzenie zdrowia, Piotr Bednarz rozpruł sobie nożem brzuch, a ja trafiłem do szpitala z poważną niewydolnością serca. Ponadto pod sfingowanym zarzutem pobicia klawisza przygotowano kolejny proces i miałem spędzić za kratami następne kilka lat. 

Kiedy o tym wszystkim myślę spoglądam na stronę internetową z wypowiedzią prezydenta Komorowskiego. Skrytykowany za zaproszenie gen. Jaruzelskiego na posiedzenie Rady Bezpieczeństwa Narodowego podkreślił, że w przeciwieństwie do swoich adwersarzy ma osobiste doświadczenia związane ze stanem wojennym, w wyniku którego trafił do obozu internowania. Prezydent mówił: "Być może część tego wściekłego ataku na mnie to po prostu przejaw jakiegoś kompleksu tych, którzy albo czmychnęli za granicę w okresie stanu wojennego i stamtąd byli bohaterami zza płota, albo tych, którzy nigdy nie zaryzykowali niczego i stan wojenny przeczekali spokojnie mocząc nogi w miednicy z ciepłą wodą"  Rzeczywiście Komorowski był od grudnia 1981 do czerwca 1982 internowany w obozie w Jaworzu. Mamy opis obozu:  Ośrodek w Jaworzu był jednym z kilku zaledwie obozów internowania stanu wojennego, który umieszczono nie w więzieniu, lecz w wojskowym domu wczasowym podległym dowództwu wojsk lotniczych. (...) Był to obóz niewielki, liczba internowanych rzadko przekraczała 60 osób. (...) Cechą najbardziej charakterystyczną, odbiegającą od przeciętnej innych obozów był skład osobowy Jaworza: przebywali w nim intelektualiści - pisarze, artyści, naukowcy i - jak się po kilku latach okazało - przyszli politycy z pierwszych miejsc w kraju. Ośrodek odosobnienia w Jaworzu, jako jeden z bardzo niewielu w kraju, odpowiadał warunkom internowania zapowiadanym przez władze stanu wojennego: dwa pawilony spełniały standard wczasowy, w pokojach ok. 10 m2, z przedpokojem mieszczącym szafę i umywalkę, mieszkały 3 osoby. Dwa prysznice i cztery kabiny WC na piętrze przypadały na 20-30 osób. Czystość w pokojach, na korytarzu i w pomieszczeniach sanitarnych utrzymywali sami internowani. W oknach nie było krat, pokoje były otwarte, panowała swoboda poruszania się po korytarzach i wewnątrz pawilonu - ale już nie swoboda wychodzenia na zewnątrz, na teren bez muru i wieżyczek strażniczych. Spacery odbywały się pod nadzorem, w kółko po wyznaczonym terenie. Posiłki, przyrządzane smacznie, podawano do stolików w stołówce. Osobistą kontrolę nad obozem sprawował adiutant gen. Kiszczaka, pułkownik Romanowski - on eskortował transport helikopterami z Warszawy do Jaworza, on też odwiedzał regularnie obóz. Stała, SB-cka część załogi Jaworza, nie ulegała zmianie ... (..)  Opiekę duszpasterską nad obozem sprawował początkowo sam ordynariusz diecezji koszalińskiej, bp Ignacy Jeż; (...) W obozie istniała doskonała samooroganizacja dla zagospodarowania czasu: działała ,,wszechnica jaworzyńska?, której wykłady odbywały się początkowo codziennie - później dwa razy w tygodniu, co sobotę odbywały się wieczory PEN-Clubu, a także wieczory poezji, seminaria historyczne i filozoficzne, spotkania okolicznościowe, działały lektoraty językowe. W Jaworzu - i tylko w nim - pojawił się poważny problem, którego nie znały inne obozy. Była w nim świadomość wyraźnego uprzywilejowania w stosunku do innych miejsc odosobnienia...”

W połowie kwietnia 1981 r. żona Bronisława Komorowskiego skierowała prośbę o udzielenie przepustki jej mężowi ze względu na śmierć dziadka. Komorowski dostał przepustkę i ją przedłużał prowadząc rozmowy z esbekami. Moja żona też występowała o przepustkę dla mnie w związku z pogrzebem babci. Nawet jej nie odpowiedziano. Może dlatego, że rodzice mojej żony nie mogli ją wesprzeć w tych staraniach; ojciec inżynier, w czasie wojny był w Szarych Szeregach, żołnierz AK, matka bibliotekarka – w latach 50. nie przyjęto jej na polonistykę bowiem była córką przedwojennego policjanta.

A skoro wspomniałem żonę. Mówi Komorowski: „Ale najbardziej byłem z niej dumny, kiedy siedziałem internowany. Ania znalazła Jaworze na mapie, dojechała tam 31 grudnia 1981 roku, brnęła kilka kilometrów przez śnieg, z plecakiem dotarła do ośrodka." Moja Iza nie mogła w grudniu 1981 r. odwiedzać mnie w więzieniu. Sama znalazła się za kratami. Z racji nazwiska ( była tylko szeregowym członkiem „Solidarności”) została o północy z 12/13 grudnia 1981 r. skuta przez esbeków kajdankami i następnie zawieziona do więzienia. Samochodem ciężarowym z plandeką w zimie, z Leszna – gdzie wówczas mieszkaliśmy - do Ostrowa Wlkp., odległość ponad 100 km. Witali ją w kryminale strażnicy z psami, trzymano w celi stosując surowy regulamin więzienny. Nie było żadnych paczek i tym podobnych fanaberii. Jak się okazało żonę zamknęli, aby wymusić podpisanie lojalki. Nie dała się złamać – zdawała sobie sprawę, że w ten sposób chciano uświnić nasze nazwisko – w „Trybunie Ludu” napisaliby, że Izabela Szeremietiew popiera stan wojenny. Po wyjściu z więzienia spotkał ją prezent od tzw. naszych. Kolega pojechał do działającego przy Kościele ośrodka pomocy represjonowanym. Powiedział, że zgłasza osobę bez środków do życia, która ma męża w więzieniu, a sama niedawno wyszła z internowania. Usłyszał: „oczywiście trzeba pomóc, jak ta pani się nazywa”. Podał nazwisko: Szeremietiew. „To nazwisko nas nie interesuje” – usłyszał.

Komorowski szczyci się dzielną żonę, która pierwsza „przedarła się” do Jaworza i dostarczyła mu paczkę. Moja żoną musiała z Leszna Wlkp. do Barczewa pod Olsztynem (gdzie siedziałem) najpierw pokonać 700 km pociągiem, co trwało ponad dobę i mogła mi dostarczyć 3 kilogramową paczkę, jak przewidywał regulamin, a w niej to, co mogła kupić na kartki, odejmując sobie od ust. Zdarzało się kilka razy, że pod bramą więzienia mówiono jej, iż odebrano mi prawo do widzenia i musiała wracać z niczym. Do dziś pamiętam, jak kiedyś przyjechała do mnie zimą, miała na nogach grube skarpety i letnie buty z odkrytymi palcami. Nie miała pieniędzy na kupno zimowych butów.

Tak, tak, byliśmy obaj z Bronkiem prześladowani przez reżim gen. Jaruzelskiego, gdy inni wtedy nogi moczyli w miednicy, za płotem oczywiście.

Szczegóły wpisu

Tagi:
brak
Autor(ka):
romualdszeremietiew
Czas publikacji:
piątek, 31 grudnia 2010 22:33

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość Marek Kajdas napisał(a) z 77-253-15-104.adsl.inetia.pl komentarz datowany na 2011/01/01 08:03:34:

    Co tam internatowe wczasy Komorowskiego, warto wspomnieć internowanie Wałęsy. Moim zdaniem niektórych internowanych, więzionych po prostu SZKOLONO na agenturę wpływu. Agent musi być wiarygodny, musi mieć legendę kombatanta dlatego siedział z innymi izolowanymi, to oczywista oczywistość. To musiała być stała praktyka w PRL od czasów stalinowskich po 1989 rok.

    Kuchnia była luksusowa. Stawiali masę dobrych rzeczy i patrzyli, co ja najbardziej lubię, i wtedy podawali to tak długo, aż znielubiłem. Wątróbka? To codziennie przez miesiąc była wątróbka oprócz normalnego obfitego jedzenia. Podobnie z rybami, węgorzami. Poza posiłkami, lodówka zawsze była pełna.

    Był także szampan.

    blogmedia24.pl/node/2795

    Albo to.
    Internowany w złotej klatce Nawiązując do internowania Wałęsy: w zaistniałej sytuacji cieszył się on podejrzanie wyjątkowymi przywilejami. Jakby się znalazł niemal w złotej klatce.. Z dokumentów, jakie są w posiadaniu Instytutu Pamięci Narodowej, można się dowiedzieć m.in. o tym, że żona Wałęsy miała możliwość odwiedzania go z dziećmi w dowolnym terminie. Koszty pobytu rodziny pokrywało państwo. Wałęsa mógł uprawiać sporty, łowić ryby, oglądać telewizję.
    Inny przywilej dotyczył zaspokajania przez SB jego potrzeb konsumpcyjnych. Przez cały okres internowania dostarczane mu były artykuły z tzw. Bazy Zaopatrzenia Specjalnego.

    W ciągu 7 miesięcy Wałęsa "zaliczył" samotnie lub w towarzystwie osób go odwiedzających następujące dobra konsumpcyjne: 85 butelek wódki, 35 butelek wina, 29 butelek koniaku i winiaku, 42 butelki szampana, 512 butelek piwa. Dochodzi 638 paczek papierosów, a na liście frykasów figurują wędliny, ciastka itp.
    Jakież bogactwo wiktuałów w porównaniu ze zwykłym chlebem, wodnistymi zupkami i makaronowymi daniami, jakie stanowiły menu internowanego Prymasa Wyszyńskiego, a także warunkami, w jakich przebywali działacze "S" w obozach dla internowanych...

    faxflash.blogspot.com/2008/06/mit-zaoycielski.html

  • Gość wasyl napisał(a) z aaxt204.neoplus.adsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2011/01/01 13:45:58:

    Szeremietiew pisze o dwóch różnych internowaniach,dwoch kiedys przyjaciół z podwórka AWU-esu.Jedno surowe aż do krwi i bólu, drugie wygodne, swobodne dla swoich i tych niby wrogów, pseudo -działaczy z konstruktywnej opozycji.Dwa różne światy kiedyś i zapewne dziś przełamały Polaków i Polskę na części. Powstał mur w naszych głowach. Nie ma innego wyjścia, będziemy walczyć aż do zwycięstwa prawdy nad fałszem

  • Gość długodystansowiec napisał(a) z abgl191.neoplus.adsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2011/01/01 17:35:05:

    Romku, dziękuję za Twój wpis zwłaszcza w obecnie nasilającej się tendencji do zafałszowywania historii tamtych czasów. Pozwoliłam sobie na przedrukowanie Twoich wspomnień, oczywiście za podaniem źródła, na swoim blogu. Jeden z moich ostatnich wpisów dotyczył Piotrka Bednarza. Opowiedziałam jego historię tak jak ją mi ją opowiedział dlugodystansowiec.salon24.pl/258607,piotr-bednarz-pamietam-ofiarom-stanu-wojennego Chciałabym się z Tobą skontaktować aby między innymi o tym porozmawiać. Z mojego blogu możesz mi przesłać wiadomość na pocztę prywatną czy taka rozmowa byłaby możliwa. Na otwartym forum nie chcę podawać swoich namiarów. Wiem, że minęło już wiele lat ale mam nadzieję, że jeszcze mnie kojarzysz. Pozdrawiam serdecznie Ciebie i Twoja Żonę
    Ksenia Kopystyńska

  • romualdszeremietiew napisał(a) komentarz datowany na 2011/01/01 19:11:37:

    Ksenia Kopystyńska
    odezwij się na: romuald@szeremietiew.pl

  • Gość KAIR napisał(a) z p54b56183.dip.t-dialin.net komentarz datowany na 2011/01/02 19:36:34:

    trochę w innym temacie ...
    "Ruchy niepodległościowe w PRL i aktualna sytuacja społeczno-polityczna."

    29 kwietnia 1986 roku w "Wężle" w kościele św. Teresy w Łodzi prelekcję wygłosił
    Romuald Szeremietjew-który został zaproszony przez TKZ przy MPK Łódż
    Wkrótce 25 rocznica tego spotkania

  • Gość Marek Kajdas napisał(a) z 62.233.160.16* komentarz datowany na 2011/01/03 10:52:22:

    "..."Wraz ze mną w Barczewie osadzono Edumunda Bałukę, Patryka Kosmowskiego, Jerzego Kropiwnickiego, Andrzeja Słowika, Leszka Moczulskiego i Tadeusza Stańskiego. Po pewnym czasie przywieziono Władysława Frasyniuka"..."

    Kilku z Was (wszystkich?) i Pana rzecz jasna dosłownie katowano, torturowano, ale jak traktowano późniejszych blokerów lustracji począwszy od trudnego w jednoznacznej ocenie Moczulskiego zaklasyfikowanego oficjalnie jak TW (wielki umysł) po niezmiernie łatwego w ocenie Frasyniuka (mały umysł, sprycik, mocne łokcie, wielka gęba, uwol budzący obrzydzenie tym co nadal nieraz wygaduje, w tym wulgaryzmy).

    Czy wtedy ktoś taki jak Frasyniuk widząc Wasz stan mógłby pęknąć i iść na współpracę choćby w charakterze nierejestrowanego agenta wpływu, czyli nowej generacji TW już pod pierestrojkę nadchodzącą? To co robił całe życie i nadal co wyprawia, to zaprzecza powodom dla których tam się znaleźliście razem. Pan się nie sprzedał nigdy, Moczulski trochę błądził, nadal chyba bliżej Mu do PO (casus 1992 i Macierewicza) niż do PiS, powinien jednak mądrzej zachować neutralność bez małostkowości odwetowej i chyba coś w jego CV nie gra jednak do końca, ale to stary gracz, jeżeli mieliby go złamać aż do skłonienia do rzeczywistej współpracy to chyba znacznie wcześniej. Wtedy tym bardziej nie cackami się z więźniami. Coś chyba o tym wie Niesiołowski zdaje się.

    Poza tym Pana wspomnienia tylko z tego tylko okresu (nie mówiąc o innych) złączone z innymi są fascynującym scenariuszem nad dobry film - dramat dla dorosłych. Proszę to rozważyć, scenariusz w każdym razie można stworzyć, na pewno Pan znajdzie w tym pomoc u życzliwych ludzi, organizacji. Niewątpliwie Pana postać zasługuje też na odrębną biografię poczynając od sprawy Ojca. To niesamowity barwny scenariusz rodowy. Byłby z tego dobry film. Od PRL kręci się tysiące filmów o banialukach, tym bardziej w III RP tak jest. Pora na prawdziwe filmy o prawdziwych ludziach.

    Ludzie tacy jak Frasyniuk zniszczyli Solidarność po 13 grudnia 1981 kiedy lepszych działaczy aresztowano, internowano, a oni jakoś się tak się ostali przejmując władze nad podziemnym związkiem. Później pierestrojka i odradzającą się Solidarnością kierowali monopolem właściwie tylko tacy ludzie. Po wyborach w 1989 roku związek przestał im być potrzebny. W tle kręcili się cały czas Kaczyńscy też, ale co mogli zrobić, poza tym chcieli być taktycznie w "głównym nurcie" żeby wysiąść z niego strategicznie na przystanku niepodległość, ale stał się 10 kwietnia 2010.

    Pan by to przewidział wsiadając do takiego samolotu z taką listą pasażerów, z takim celem podróży, w takim klimacie krajowej polityki i geopolityki. To Pan powinien być wybrany na prezydenta i to na dwie kadencje. Szkoda że tak się nie stało powiedzmy w 2000 roku. Kto miał wtedy pokonać Kwaśniewskiego? Krzaklewski? A kto to jest? Nie znam gościa... chyba z PO jak Buzek. Pewnie nie byłoby nas w tym miejscu gdzie jesteśmy.

  • Gość Maksymilian napisał(a) z 83-238-233-59.adsl.inetia.pl komentarz datowany na 2011/01/05 02:52:05:

    W.Sz. Panie R. Szeremietiew nie wiem dlaczego, ale mam do Pana małą pretensję
    dlaczego to co Pan pisze w "PONIEDZIAŁEK, 03 STYCZNIA 2011" nie ukazało się
    przynajmniej 10 lat temu? Sposób pisania Pana robi wrażenie. Pan nie ocenia, ale daje
    możliwość czytającemu wyciągnięcia samodzielnych wniosków. Mam nadzieję, że odpowiedni ludzie (dziennikarze?) spowodują, że to co Pan napisał zostanie odpowiednio nagłośnione.
    Z poważaniem M. O.

  • Gość napisał(a) z apn-77-114-183-2.dynamic.gprs.plus.pl komentarz datowany na 2011/03/26 19:14:26:

    pozdrowiena z Wroclawia dla niezlomnego wolnosciowca o czystych rekach zasyla Adam Jaworski

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny