Blog Romualda Szeremietiewa

Wpisy

  • środa, 20 czerwca 2012
    • Oświadczam.

      W ubiegłym roku otrzymałem z poważnego źródła wiadomość, że w pewnym wpływowym gronie rozważano kwestię „uciszenia mnie na zawsze”. Nie było pewności, czy decyzja w tej sprawie zapadła.
      Okoliczności przekazania tej informacji nie pozwalały na jej ujawnianie. Nie mogąc dowieść prawdziwości informacji zostałbym uznany za cierpiącego na manię prześladowczą, lub oskarżony o pomawiania niewinnych ludzi.

      Śmierć gen. Petelickiego zmusiła mnie do zabrania głosu.
      W związku z tym oświadczam, że jestem zdrowy, nie mam żadnych kłopotów natury osobistej lub finansowej i nie zamierzam popełniać samobójstwa.

      Romuald Szeremietiew
      18.06.2012

       

      http://www.facebook.com/szeremietiew

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Oświadczam.”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      romualdszeremietiew
      Czas publikacji:
      środa, 20 czerwca 2012 07:40
    • Do likwidacji, marsz!

      Do likwidacji, marsz!
      Rozmowa z prof. Romualdem Szeremietiewem
      WIESŁAWA LEWANDOWSKA: Uwierzyliśmy już, że żaden wróg i żadna wojna – poza tą polsko-polską – nam nie grozi i w związku z tym drastyczne ograniczamy armię. Jak Pan ocenia dokument Departamentu Transformacji MON pt. „Wizja sił zbrojnych RP – 2030”?
      PROF. ROMUALD SZEREMIETIEW:W tej „wizji” najciekawsze jest to, w jaki sposób definiuje się potencjalnego przeciwnika. Mówi się, że będą to siły najprawdopodobniej nieregularne, partyzanci, a nawet „dzieci-żołnierze”...
      - Jak w Afryce?
      - Tak. W Afryce i Azji zdarza się, że partyzanci porywają kilkuletnich chłopców i dziewczynki i przyuczają do posługiwania się bronią. Tacy zdemoralizowani dziecięcy żołnierze mają łatwość zabijania, są bezwzględni i okrutni.
      - Dlaczego polskie wojsko musi być przygotowane do walki z dziećmi-żołnierzami?
      - Przyznam, że nie bardzo rozumiem całą tę definicję przeciwnika. Wygląda na to, że według wizji MON nasze siły zbrojne mają być przygotowane do działań z dala od terytorium Polski. Zakłada się, że nie grożą nam żadne konflikty z armiami regularnymi, a nasze bezpieczeństwo narodowe może być uzależnione wyłącznie od potężnych sojuszników, którzy w razie zagrożenia nas obronią.
      - A to może być niemożliwe?
      - Użycie wojska to w każdej sytuacji bardzo skomplikowana operacja, zwłaszcza, że NATO jako sojusz nie dysponuje gotowymi w każdej chwili siłami zbrojnymi, lecz tylko deklaracjami państw NATO wydzielenia z ich armii sił do takiej sojuszniczej akcji; muszą więc w każdym przypadku zapaść odpowiednie decyzje rządów, co może trwać nawet kilka miesięcy. A w tym czasie wróg już może zająć napadnięte terytorium...
      - Polska nie jest już w stanie sama się skutecznie bronić, nawet tylko do nadejścia sojuszniczej odsieczy?
      - Nie ma takiej możliwości. Siły zbrojne RP są w głębokiej zapaści. Prawie zlikwidowano Marynarkę Wojenną, zanika obrona przeciwlotniczą, Siły Powietrzne kurczą się, a wojska lądowe znajdują się – moim zdaniem – w stanie rozkładu, są duże kłopoty, żeby z różnych jednostek zebrać wojsko nawet na ekspedycje zagraniczne. Nie ma szkolenia rezerw, czyli tego, co jest niezbędne do mobilizacji na wypadek zagrożenia wojennego.
      - Czy procesy dostosowania armii do sojuszniczych wymagań nie idą w Polsce zbyt daleko, skoro trudno nawet skompletować ekipę misyjną?
      - Wdrażaną reformę cechuje brak wyobraźni i niebywała bezmyślność. Całkowicie rozłożono wojskową służbę zdrowia, trudno dziś o lekarzy do obsłużenia naszych misji wojskowych. Nic dziwnego skoro jeszcze za czasów ministra Komorowskiego zlikwidowano Wojskową Akademię Medyczną, przeciwko czemu protestowałem, ale to minister decydował. Ponury los spotyka zaplecze remontowo-produkcyjne armii; klinicznym przykładem jest likwidacja stoczni Marynarki Wojennej, wysokiej klasy zakładu z dużymi szansami na budowę okrętów, także dla zagranicznych kontrahentów.
      - Dlaczego stocznia musiała „zatonąć”?
      - Padła ofiarą programu korwet „Gawron” – stocznia podpisała z MON umowę na budowę siedmiu okrętów, wyłożyła na to wielkie pieniądze, a potem okazało się, że okrętów nie będzie. Teraz na kadłubie „Gawrona” ma być instalowana jakaś „uboga” wersja patrolowca, może będzie na nim jakieś działko... Zapewne tylko po to, żeby łapać przemytników. A Rosjanie nieopodal rozbudowują swą flotę bałtycką, budują w Kaliningradzie duże okręty wojenne.
      - Wygląda na to, że my niczego i nikogo się nie boimy?
      - Rzeczywiście na morzu i w powietrzu chyba nie. Wspomniałem o fatalnym stanie obrony przeciwlotniczej. Rakiety plot. są coraz starsze, wykruszają się, ich liczba musi się więc stale zmniejszać. Obecnie restrukturyzacja polega na tym, że stale zmniejsza się liczbę dywizjonów plot. - było 25, a ma być 16. Planowane są już bodaj tylko dwie brygady rakiet przeciwlotniczych, a wkrótce będzie tylko jedna.
      - Co zatem jeszcze zostało z polskiej armii?
      W wojskach specjalnych mamy kilka jednostek, w tym sztandarowy „Grom”. Pewnie gdyby zaszła taka potrzeba, uskładałoby się jeszcze z wojsk lądowych jakąś zdolną do bojowego użycia brygadę, chociaż nominalnie mamy ich 15.
      - Transformacja polskiej armii wciąż jest w toku - jakie i ile jeszcze zmian przed nami?
      - Obecny minister Tomasz Siemoniak - następca sławnego ministra Klicha, który przeprowadził tzw. uzawodowienie armii - ma dokończyć pozostałe po poprzedniku 5% procesów klichowych pomysłów reformatorskich. „Zasługą” ministra Siemoniaka jest oczywiście rozwiązanie Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego i w następstwie likwidację lotnictwa specjalnego. Zapowiada też on „reformę”, czyli likwidację szkolnictwa wojskowego, oraz – co najgroźniejsze – „reformę” systemu dowodzenia, która pozbawi Sztab Generalny kompetencji dowódczych. To jest zresztą pomysł zgłaszany ciągle przez generała Stanisława Kozieja, obecnego szefa BBN...
      - Na czym, Pana zdaniem, polega niebezpieczeństwo tego pomysłu szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego?
      - Sztab Generalny stanie się jedynie organem planistyczno-doradczym. A dodatku zakładana jest też likwidacja dowództw poszczególnych rodzajów sił zbrojnych, co wiąże się z niekonsekwencją w przypadku dowództwa wojsk specjalnych, ponieważ to ono w niedalekiej przyszłości miało wykonywać zadanie koordynowania i kierowania siłami specjalnymi w NATO...
      - Ograniczenie liczby dowództw w siłach zbrojnych nie poprawi, zdaniem Pana Profesora, ich efektywności?
      - Dowodzenie powinno dotyczyć trzech obszarów: taktycznego (czyli dowodzenia na polu walki), operacyjnego (kierowanie wielkimi akcjami militarnymi) i strategicznego (działania militarne w skali kraju), teraz zaproponowano kompetencyjną niejasność. W Polsce nie będzie jednego centralnego organu dowodzenia, a mają powstać dwa dowództwa strategiczne; do tzw. dowodzenia bieżącego, oraz dowództwo operacyjne do kierowania wojskami działającymi poza granicami kraju. Zastosowano jakiś mało logiczny podział – tak, jakby ludzi podzielić na mężczyzn i rudych... I będą dwa dowództwa strategiczne?
      - To znaczy, że zamiast usprawnienia możemy mieć chaos, zwłaszcza w trudnych sytuacjach?
      - System dowodzenia siłami zbrojnymi w okresie pokoju powinien mieć zdolność łatwego przekształcenia się w system dowodzenia wojennego. Z punktu widzenia naszej obronności bardzo ryzykowne jest to, że nie wiadomo, kto w razie wojny będzie dowodził.
      - Bardzo niepokojące jest chyba również to, że z zawodowej armii odeszło już wielu oficerów, dobrze wykształconych specjalistów wojskowych. I wciąż odchodzą?
      - Podobno obecny Szef Sztabu Generalnego widząc, na co się zanosi chciał się podać do dymisji, ale go Komorowski uprosił i został... Naprawdę ogromnym problemem jest ucieczka wykwalifikowanego personelu, zwłaszcza podoficerów i młodszych oficerów. W 2011 odeszło z wojska ponad 7 tysięcy żołnierzy, w tym ponad 40% to ludzie bez uprawnień emerytalnych, co znaczy, że frustracja wśród wojskowych jest ogromna.
      - Jak w takiej sytuacji wytłumaczyć zapowiedzianą, niemal doszczętną likwidację szkolnictwa wojskowego?
      - Pan minister mówi, że w armii pokojowej ma być więcej „wojska w wojsku”, czyli że trzeba zlikwidować wszystkie „obciążenia”, takie m.in. jak....szkolnictwo wojskowe. To jest nieodpowiedzialne postawienie sprawy, bo to przecież właśnie w okresie pokoju trzeba szczególnie dbać o to wszystko, co sprawi, że w razie zagrożenia armia będzie silna i sprawna. Niezbędny jest rozwój myśli wojskowej i nowych technik wojskowych, nie wspominając o kształceniu przyszłych dowódców... Nie można więc lekceważyć nauki wojskowej. A w Polsce mamy jeszcze naprawdę zdolnych naukowców i ciekawe osiągnięcia wojskowej nauki.
      - Skazane teraz na przepadek?
      - Wojskowa Akademia Techniczna, która powinna byś ośrodkiem myśli technicznej, ma być przekształcona w zwykłą szkołę oficerską... Reszta szkół oficerskich do likwidacji. A moim zdaniem powinniśmy zagwarantować, aby każdy rodzaj sił zbrojnych z uwagi na swą specyfikę miał własną szkołę.
      - Teraz na placu boju pozostanie tylko mocno zdegradowany WAT?
      - Na to wygląda. Oznacza to zdeprecjonowanie nauki wojskowej, a likwidacja szkół oficerskich prowadzi wprost do upadku szkolenia oficerów-dowódców. Akademia Obrony Narodowej, która powinna przygotowywać wyższą kadrę dowódczą, kształcić decydentów najwyższego szczebla w dziedzinie kierowania obronnością, a przede wszystkim być państwowym ośrodkiem analiz i ekspertyz strategicznych - też ma być zlikwidowana, albo przekształcona w coś mniej ambitnego.
      - Panie Profesorze, a może naszym reformatorom naprawdę chodzi o to, żeby armia była mniejsza, ale nowocześniejsza, stąd te cięcia? Wiele mówi się od dawna o modernizacji armii.
      - Dziś już wiadomo, że nasza armia wcale nie jest nowocześniejsza, chociaż jest coraz mniejsza.
      - Dlaczego nie jest nowocześniejsza?
      - Dlatego, że pieniądze wydawane są bez sensu. Jeżeli wytyczono fałszywy kierunek zmian – a więc postawiono na armie ekspedycyjną – to np. duże środki muszą być wydawane na lotnictwo transportowe. Taki transport nie jest zbyt przydatny w obronie Polski, bo wojsko może być wcześniej ulokowane w miejscach przewidzianych do obrony. W priorytetach MON pojawia się jakiś „program pancerny” – armia ma być wyposażona w mobilne pojazdy pancerne, które mają być gdzieś przerzucane... To będzie jakiś latający czołg? Kupiliśmy kołowe transportery opancerzone, ale okazało się, że w Afganistanie są narażone na ostrzał przed którym nie chroni ich posiadany pancerz. Trzeba więc było je dodatkowo opancerzyć... Z takim opancerzeniem te pojazdy nie mogą pływać. A to jest podstawowym wymóg w obronie kraju... Na podobnie nieprzydatne dla krajowej obronności uzbrojenie i sprzęty wydajemy ogromne pieniądze.
      - Jednak chyba całkiem sporo jeszcze zostaje na „potrzeby własne”. Dlaczego więc nie widać postępu modernizacyjnego?
      - Dlatego, że pieniądze te nie są wydawane!
      - Dlaczego?
      - Jeżeli minister podpisuje plan zakupów na rok bieżący dopiero w maju, to uwzględniając procedury przetargowe, nie sposób wydać do końca roku budżetowego kilka miliardów na zakupy. Pieniądze wracają więc do ministra finansów, który jest z tego bardzo zadowolony.
      - I może o to właśnie chodzi?
      - Nie można tego wykluczyć.
      - Kiedyś mówiło się w Polsce „za mundurem panny sznurem”, a dziś żołnierz w mundurze to niezwykle rzadko zjawisko...
      - I nie tylko dlatego, że mamy coraz mniej żołnierzy. Wojskowi wstydzą się chodzić w mundurach. Przebierają się w nie „w pracy”, a i to czasami o tym zapominają, bo nie wszędzie „w biurze” mundur jest obowiązkowy. Mamy więc takie wojsko w konspiracji! Zanika patriotyzm, a żołnierze nie są motywowani służbą Ojczyźnie; w wojsku zatrzymują ich tylko podwyżki płac... W polskim wojsku kształtują się postawy charakterystyczne dla pracowników firm ochroniarskich.
      - Jak dalece ta żołnierska frustracja i kryzys moralny w armii może się odbić na obronności kraju w przypadku zagrożenia? Możemy jeszcze liczyć na słynną polską waleczność?
      - Moim zdaniem obecnie mamy armię zdolną o minimalnego oporu. Doszło do tego, że trzeba odwoływać ćwiczenia poligonowe, bo żołnierze zawodowi przynoszą zwolnienia lekarskie... Można się więc spodziewać, że potem w naprawdę trudnej sytuacji nie pomoże nawet najszczersza wola walki.
      - Da się jeszcze ocalić polskie wojsko?
      - Trzeba odbudowywać armię, a to w sprzyjających okolicznościach (czyli przy zgodnym poparciu liczących się sił politycznych) proces co najmniej 7-9-letni. Trzeba by podjąć próbę zbudowania obywatelskiej struktury wojskowej odwołując się do tradycji Armii Krajowej.... Potrzebna jest inna polityka obronna, w tym gdy chodzi o nasze relacje w NATO. To wszystko jest kwestią woli politycznej oraz wyobraźni ośrodków decyzyjnych w państwie. Ani jednego, ani drugiego ciągle nie widzę.
      „Niedziela” nr 25/2012
      ==============================================

      Wczoraj wieczorem, w czasie meczu Polska - Czechy zadzwonił znajomy i poinformował, że gen. Sławomir Petelicki nie żyje. W mediach już ogłoszono, że twórca i pierwszy dowódca jednostki Grom popełnił samobójstwo, zastrzelił się. Były dowódca komandosów przygotowany do działań w sytuacjach ekstremalnych, z doświadczeniem bojowym miał targnąć się na swoje życie z niewiadomych powodów. Dziwne!

      Znałem bardzo dobrze Generała i zapamiętałem jako kompetentnego dowódcę jednostki specjalnej w okresie mojej pracy w MON. W ostatnich latach coraz częściej mieliśmy zbieżne poglądy na temat krytycznego stanu sił zbrojnych RP i fatalnej polityki MON.
      Przypominając sylwetkę generała Petelickiego chcę uczcić Jego pamięć publikując mój ostatni wywiad na temat polskich sił zbrojnych.

      http://www.facebook.com/szeremietiew

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Do likwidacji, marsz!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      romualdszeremietiew
      Czas publikacji:
      środa, 20 czerwca 2012 07:35
  • wtorek, 22 maja 2012
    • Łagodne oblicze dysponenta tarczy

      Na początku maja br. rosyjskie ministerstwo obrony zorganizowało w Moskwie konferencję na temat obrony antyrakietowej. Zaproszono na nią około 200 polityków, wojskowych i ekspertów z wielu krajów, w tym z Polski i innych państw NATO.

      Występujący na konferencji Szef Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej generał Nikołaj Makarow oświadczył, że w razie rozmieszczenie tarczy antyrakietowej Rosja wyceluje swoje rakiety w kraje, które zainstalują elementy tarczy na swoich terytoriach. Nie wykluczył przy tym prewencyjnego uderzenia na te kraje, w tym na Polskę. Mimo, że tarcza nie powstała Rosja już teraz zaczęła instalować nad granicą z Polską, w rejonie Kaliningradu, rakiety „Iskander”, które mogą przenosić głowice jądrowe. 

      Polakom oferujemy Iskandery z dostawą do domu

      W dokumencie rosyjskiego ministerstwa obrony „Zagrożenia wojskowego bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej” opracowanym przez Sztab Generalny i podpisanym przez wspomnianego generała Makarowa – wiceministra obrony Rosji możemy przeczytać, że: „Polska rości sobie pretensje do leżących na terenie Białorusi obwodów brzeskiego i grodzieńskiego”. A gdy przypomnimy manewry armii rosyjskiej i białoruskiej „Zapad 2009”, w czasie których ćwiczono tłumienie polskiego powstania w Grodnie i odpieranie polskiej agresji na Białoruś przy użyciu broni jądrowej widzimy, że na Kremlu oficjalnie zdefiniowano Polskę jako wroga Rosji. Można oczywiście bez trudu stwierdzić, że Polacy nie tylko nie mają żadnych zamiarów napadania na Białoruś, ale do tego stan polskiej armii ponad wszelkie wątpliwości dowodzi, że nie jest ona zdolna do żadnego ataku. Czyżby więc rosyjscy sztabowcy pisząc o polskich planach zajmowania Białorusi zwariowali?

      Jednak nie. Wracając do historii Polski wspomnijmy, że Hitler uzasadniał napaść na Polskę w 1939 r. rzekomym zajęciem przez Polaków radiostacji w Gleiwitz. I nie tak dawno władze Rosji twierdziły, iż musiały bronić się przed „agresją” malutkiej Gruzji, która chcąc zdyscyplinować własne buntujące się prowincje przy okazji „zagroziła” Rosji.  Polska może więc zostać jakimś "agresorem" mimo woli.
      Inaczej niż Rosjanie na te kwestie spogląda polski MON twierdzący, że do 2030 r. „wojny nie będzie”, a i później raczej nic Polsce nie grozi. W dokumencie opracowanym przez Departament Transformacji MON „Wizja sił zbrojnych RP – 2030” mamy taki opis: „Przeciwnikiem przyszłych Sił Zbrojnych RP (w 2030 r. – RSz) będą coraz rzadziej regularne siły zbrojne dysponujące kompleksowymi systemami uzbrojenia i odpowiednim zapleczem logistycznym. Ich miejsce zajmą lokalne (narodowe) i transnarodowe oddziały partyzanckie i paramilitarne, najemnicy oraz oddziały rebelianckie wykorzystujące do walki także dzieci – żołnierzy”. Do tego: „Nie będą oni posiadali uzbrojenia typu ciężkiego”. Z tego opisu przeciwnika wyraźnie widać, że jest on inny niż to wynika z tego, co ogłosili Rosjanie.
      Wizja walk z „dziećmi żołnierzami” nie posiadającymi „ciężkiego uzbrojenia” – bo dzieciak nie uniesie? – uspokaja. Być może dlatego rządzący Polską rozbrajaja armię, redukują ją i pozbawiają zdolności bojowych.
       
      Formacja MON do walki z dziećmi - żołnierzami
      Obecny minister obrony, nazywany na portalach wojskowych SieMONiakiem, ogłosił „priorytety” swego urzędowania („Priorytetowe kierunki działań MON i Sił Zbrojnych RP w 2012 roku.”). Dokument stanowi wypisane bez ładu i składu pobożne życzenia autora/autorów: („Prowadzenie intensywnych prac nad nowoczesnymi rozwiązaniami modernizacyjnymi dla Marynarki Wojenne”), („Przygotowanie narodowego programu pancernego w ramach rozwoju mobilności”), jest miejscami śmieszny (prowadzenie działań zmierzających do zwiększenia liczby kobiet pełniących służbę w wojsku”) lub („Nadawanie Gwiazd Afganistanu (i innych) zgodnie z zasadą, że nie żołnierze czekają na odznaczenia, lecz odznaczenia na żołnierzy.”), a bywa też żałosny (przeciwdziałanie przedwczesnym odejściom żołnierzy z wojska”).
      Jednak to co jest wątkiem dominującym w chaotycznych zamiarach MON, to dalsze redukowanie armii i dezorganizowanie tego, co z niej jeszczepozostało.
      Po pierwsze utrzymany został kierunek tworzenia zdolności ekspedycyjnych w siłach zbrojnych – w dokumencie MON mamy „PRIORYTETY ZWIĄZANE Z MISJAMI ZAGRANICZNYMI oraz „PRIORYTETY W SFERZE AKTYWNOŚCI MIĘDZYNARODOWEJ”,a w części „PRIORYTETY MODERNIZACJI TECHNICZNEJ”prawie wszystkie zadania są związane z działaniami poza granicami kraju. MinisterSiemonak zapowiada: „Objęcie priorytetem szkolenia jednostki wydzielane do kolejnych zmian PKW, Sił Odpowiedzi NATO oraz Grupy Bojowej UE.” Jeśli więc uwzględnimy występujące ograniczenia finansowe musimy stwierdzić, że uzyskanie możliwości działania na misjach musi nastąpić kosztem zdolności bojowych sił przeznaczonych do obrony kraju. 
      Dziwacznie wygląda zapowiadana reforma szkolnictwa wojskowego. W miejsce obecnych pięciu uczelni minister zapowiada utworzenie jednej lub dwóch uczelni” – jeszcze nie wie? MON postuluje przy tym, aby Wojskowa Akademia Techniczna stała się szkołą kształcącą oficerów dla wszystkich rodzajów sił zbrojnych, a więc nie tylko dla wojsk lądowych, ale także lotników i marynarzy. Jako argument podaje się, że oficerowie muszą opanować obsługę uzbrojenia i WAT jest do tego miejscem najlepszym. Pomysłodawcy tego rozwiązania chyba nie wiedzą, że szkoła oficerska nie kształci operatorów do obsługi uzbrojenia, ale dowódców zdolnych pokierować podległym oddziałem na polu walki. Ponadto pomysł wyszkolenia lotnika z dala od lotniska, a marynarza w warunkach lądowych wydaje się co najmniej dziwaczny. Na WAT będą „nasucho”, teoretycznie, uczyć podchorążych latania bez samolotów, pływania bez okrętów, czy dowodzenia pododdziałem bez żołnierzy i wozów bojowych. Tymczasem przyszły dowódca powinien być szkolony na poligonie, na lotnisku, na morzu, a nie na warszawskim Bemowie. Oficerowie mają wykonywać swoje zadania dowodząc żołnierzami, a nie siedząc z biurkiem i zapisując kartki papieru. W Stanach Zjednoczonych, na które tak lubią powoływać się nasi „reformatorzy”, każdy rodzaj sił zbrojnych posiada własną uczelnię i nie znajdują się one w Waszyngtonie.
      Skoro minister nie wie ile ma być szkół, to nie wiadomo co się stanie zAkademią Obrony Narodowej. Jeśli zostanie zachowana, ma być przekształcona w Akademię Bezpieczeństwa Narodowego kształcącą polityków, policjantów oraz wojskowych wyższych rang. Misja tej uczelni jest więc niezbyt jasna. Co źle jej rokuje.
      Wielkie zmiany mają dotknąć system dowodzenia. Sztab Generalny WP, tak jak chce szef BBN Komorowskiego gen. Koziej, ma stracić kompetencje dowódcze i przekształcić się w „organ planowania, doradztwa strategicznego i nadzoru”. Mają ulec likwidacji dotychczasowe dowództwa rodzajów sił zbrojnych przekształcone w „dwa dowództwa strategiczne – odpowiedzialne za dowodzenie bieżące oraz odpowiedzialne za dowodzenie operacyjne”. Nie wiadomo w jaki sposób pomysłodawcy tego rozwiązania ustalili, gdzie kończy się dowodzenie „bieżące” siłami zbrojnymi, a zaczyna dowodzenie „operacyjne”. Dotąd było wiadomym, że dowodzenie wojskami odbywa się w trzech wymiarach: taktycznym, operacyjnym i strategicznym, w zależności od celów, skali i rozmiarów planowanych działań oraz wielkości użytych sił. Jak ma się do tego owe „bieżące” dowodzenie? Ponadto trzeba pamiętać, że system dowodzenia siłami zbrojnymi w okresie pokoju powinien mieć zdolność łatwego przechodzenia na dowodzenia w warunkach wojennych. Nie wiadomo czy do dowodzenia w czasie wojny MON przeznacza dowództwo „bieżące”, czy też raczej dowództwo „operacyjne”, które w okresie pokoju zajmuje się działaniami ekspedycyjnymi poza krajem.
      Istniej też pewne ograniczenie prawne, które należałoby uwzględnić. Konstytucja RP mówi, że prezydent mianuje szefa SG WP i dowódców rodzajów sił zbrojnych. Szef sztabu jest najwyższym stanowiskiem służbowym wojskowym i teraz ma tę pozycję utracić, a dowódców rodzajów SZ ma w ogóle nie być. Znając zdolności rządzącej ekipy w naginaniu prawa można założyć, że znajdzie się jakąś furtkę by ograniczenia prawne ominąć. Konfrontując jednak ten zamiar z innymi pociągnięciami można założyć, że funkcjonujący dotąd w miarę poprawnie system dowodzenia zostanie zdezorganizowany.  
      Minister obrony zapowiada, że po przeprowadzeniu swoich zamiarów będzie „więcej wojska w wojsku”, a nawet, że będzie mniej urzędników. Może będzie ich mniej w Sztabie Generalnym, tych wojskowych, ale nie będzie mniej w MON urzędników w cywilnych ubraniach. Właśnie premier Tusk powołał na wniosek Siemoniaka piątego wiceministra obrony, młodą kobietę, absolwentkę Wydziału Budownictwa Lądowego Politechniki Świętokrzyskiej i podporządkowano jej departament infrastruktury, który miał być zlikwidowany.
      Paweł Graś rzecznik rządu informując o powołaniu następcy Klicha do MON ostrzegał: „Łagodne oblicze ministra Siemoniaka nie idzie w parze z jego silną ręką i, którzy jego delikatnemu obliczu dadzą się zwieść, będą zdziwieni.”  Rzeczywiście miał rację.
      Nie tylko Siemoniak ma łagodne oblicze.
      Co warte są "priorytety" ministra Siemoniaka dowodzi jeszcze jeden fakt. O zakupach uzbrojenia i sprzętu wojskowego decyduje czas jaki odpowiednie służby mają na przeprowadzenie przetargów w danym roku budżetowym. W  2012 roku na tzw. wydatki majątkowe zaplanowano ponad 7 mld zł (24,4% budżetu MON). Te pieniądze można wydać realizując zadania zapisane w rocznym planie wydatków resortu. Ten plan na rok bieżący Siemoniak podpisał dopiero 2 maja, co oznacza, że podległe mu instytucje nie mają szans, aby pieniądze do końca roku w całości wydać . Cóż ucieszy się minister finansów z tych "zaoszczędzonych" przez MON pieniędzy. 
       

      http://www.facebook.com/szeremietiew

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Łagodne oblicze dysponenta tarczy”
      Tagi:
      Autor(ka):
      romualdszeremietiew
      Czas publikacji:
      wtorek, 22 maja 2012 08:32
  • sobota, 05 maja 2012
  • sobota, 14 kwietnia 2012
  • wtorek, 20 marca 2012
  • wtorek, 13 marca 2012
  • sobota, 10 marca 2012

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny